Moja noc - opowiadanie, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[11 stycznia, 2008 | 6 komentarzy | Poziom: 0 ]

patrzę na Ciebie przez szkło
nikt nie wie, ile czasu minęło
wiem tylko, że zdaje się to wiecznością

Moja noc nigdy się nie kończy. Zwłaszcza wtedy, gdy powieki otwierają się same, a oczy kierują się na poduszkę obok, w oczekiwaniu materializacji pragnienia. To tak, jak pustka połączona z pełnią, przelewająca się przez środek głowy, po samo dno serca, w jedną i drugą stronę...
*
Zapomniałem już trochę siebie, nie chcę zgubić więcej. Rzeczywistość jednak rozrzuca cząstki duszy, która niedomaga z chęci odkupienia, która wierzga się prawie bezsilnie, chcąc biec w jedynie słusznym kierunku, wiedząc jednak, że nie ma prawa dotrzeć tam przed czasem.
*
Papieros znowu mierzy czas i przypomina, że jednak żyję. Wierzę, że Ona przyjdzie, że w końcu dowie się, jaki jest mój sens i dlaczego właśnie dla Niej, że w końcu dostanie to, na co przez całe życie zasługiwała, a czego nigdy z egoizmu nie chciano Jej dać. Chciałbym, żeby odzyskała wiarę w siebie i swoje marzenia.
*
Zamykam oczy i modlę się, by przestać całować lustro. Czasem, gdy prawie nastaje świt, zdaje się, że słyszę zapomnianą melodię aniołów. Bo Ona zawsze przychodzi nocą, nawet w środku dnia. I nigdy się nie kończy.

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[03 czerwca, 2007 | 6 komentarzy | Poziom: 0 ]

Jeśli Norbert mógł się tak naprawdę czymkolwiek martwić, to tylko czasem, który w swoim życiu zmarnował. Niestety straconego czasu nie da się odzyskać, a Norbert nie miał nawet najmniejszego zamiaru go szukać. Postanowił jedynie nie tracić go w nadmiarze. Wyleczył się także z "syndromu Jezus”. Postanowił żyć. Brakowało jedynie konkretnego planu działania na wykorzystanie zyskanego tym samym czasu.

*

W jego przemyśleniach zdarzało mu czasem się zabrnąć do momentu, gdy wszelka logika zawodzi. W takich chwilach Norbert postanawiał zazwyczaj odwiedzić swoją babcię. Zupa była dobra, drugie danie podobnie.

- Wnuczuś, zrobiłbyś babci zakupy?
- Dobrze.
- To masz tu karteczkę i zapisz sobie listę.
- Wnuczuś, piszesz jak kura pazurem. Jak pracowałam w banku, to był tam jeden taki, co też był leworęczny, bo prawej nie miał. I takie literki okrąglutkie stawiał, i tą ręką to pieniądze przeliczył, i wszystko nią robił. A tym kikutem to jeszcze żonę potrafił bić, taki był zdolny...

Norbert nie oponował. Sztukę niewyraźnego pisania opanował w stopniu mistrzowskim, pielęgnował ją wręcz skrupulatnie. Poszedł do sklepu i po drodze przebiegł nawet drogę czarnemu kotu - biedne zwierzątko, będzie miało pecha.

Wrócił niesamowicie zmęczony. Podszedł do lodówki, napił się mleka, po czym wypluł je do zlewu, zapominając, że mleku jest prawdopodobnie całkowicie obojętny fakt, że na kartonie widnieje napis "świeże".

*

Mówiąc o słabościach, nie wypada zapomnieć o szczególnym upodobaniu Norberta i wszelkiej maści matematyków, do używania partykuły "niechaj". Kiedy jej używał, czuł w sobie wręcz demiurgiczną moc. Śmierć natomiast, pomijając taniec, zdawała się nie mieć słabości. Zawsze starała się być twarda, stanowcza, nieprzejednana, a przede wszystkim ostateczna. Okazało się jednak, że Norbert stał się jej największą słabością i ciężko jej było wymyślić odpowiednio wiarygodne wytłumaczenie - wszak miała zwierzchników. Co prawda, biorąc pod uwagę roztrzepanie Norberta, powinien on zginąć w jakimś najgłupszym możliwym wypadku, ale Śmierć nie może oprzeć się chyba jego magicznej partykule.

Wymieniając słabości Norberta, posiadał on chyba największą - upodobanie do komplikowania własnego życia. Jeżeli coś było odpowiednio proste, Norbert jakby automatycznie kreował mnóstwo dodatkowych problemów pobocznych. Było to niejako masochizmem, ale był w tym również jakiś sens - gdy udało mu się rozwiązać ten węzeł gordyjski, czuł niesamowitą satysfakcję, ulgę i zadowolenie - zupełnie jakby ktoś obluzowywał mu małą śrubkę szczęścia, gdzieś pomiędzy żołądkiem a wątrobą.

*

Dzień chylił się już ku końcowi, kiedy zmęczona Śmierć weszła do domu. Norbert spojrzał na nią, a ona na niego - doszli do wniosku, że chyba wymienili spojrzenia.

- Wiesz co? - zapytał.
- Tak?
- Możesz mi oddać moje spojrzenie, bo po chwili refleksji zrozumiałem, że nie chcę wymieniać spojrzeń...

Dźwięk uderzenia kościstą dłonią o czoło rozniósł się po pomieszczeniu.

- Czy ty zawsze musisz sprawiać, że wszystko staje się bardziej absurdalne, niż jest w rzeczywistości? - zapytała.
- Nie wiem, robię to spontanicznie - odparł Norbert, po czym pomachał do wychodzącej ze zlewu nowej formy życia, powstałej z detergentów, skisłego mleka i białka nieznanego do końca pochodzenia.

Byzydury, Poemy »

[20 marca, 2007 | 31 komentarzy | Poziom: 0 ]

Świat jest po to, żeby udawać
Po to, żeby oszukiwać
Że jest inaczej

Po to, żeby ukrywać swoje słabości
Pod płaszczem innych
Żeby przypadkiem nie było gorzej,
Niż wydawało się wcześniej

Świat jest po to, żeby udawać
Żeby przypadkiem nikt się nie dowiedział
Że jest inaczej
Żeby po prostu być
Pod płaszczem
Wygodnej nieoznaczoności

Może być inaczej?

Wsio inne, czyli luźne gadki »

[11 marca, 2007 | 10 komentarzy | Poziom: 0 ]

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[05 marca, 2007 | 9 komentarzy | Poziom: 0 ]

Nigdy jej się nie zdarzyło płakać. No, może z jednym małym wyjątkiem, który w jej fachu nie jest powodem do dumy. Usprawiedliwiała się jedynie tym, że dopiero zaczynała pracę w tej dziedzinie. Miał na imię Adam i nie wiedziała zupełnie, dlaczego musi To zrobić. To zupełnie tak, jakby dziecku kazać za pomocą klocków złożyć bombę atomową, która przy okazji świeci wszystkimi kolorami tęczy i recytuje po francusku Iliadę z podziałem na sylaby, w dodatku wspak. Dziwne, zapłakała nad własną nieuchronnością.
Pomyślała nawet, że z Norbertem byłoby podobnie, co wprawiło ją w nie lada osłupienie - nie dosyć, że zapłakałaby, to jeszcze nie miałaby siły tego zrobić. Pewnie dlatego właśnie Norbert niejednokrotnie uniknął spotkania ze Śmiercią w niekorzystnych dla niego warunkach, kończącego się prozaicznym zgonem. Być może dlatego, że nie potrafił tańczyć, być może dlatego, że Śmierć była po prostu ciekawa, co ów jegomość może jeszcze wymyślić. Był dla niej wielką niewiadomą, a zaskoczyć Śmierć, to jednak spory wyczyn.
Norbert zwyczajowo siedział przed telewizorem, którego i tak nie oglądał z powódek ideologicznych. Raz zastanawiał się nad sensem życia, a raz myślał o tym, że musi wynieść śmieci. Ważne jest, że po prostu czasem, a nawet częściej, myślał.
- Dum spiro, spero - westchnął.
Śmierć wróciła do domu. Cała zmoknięta. Na szczęście mogła wysuszyć się przy strzelającym kominku.

c.d.n. (niebawem opowiadania część trzecia - ostatnia)

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[21 lutego, 2007 | 6 komentarzy | Poziom: 0 ]
Z rzeczy, które cieszyły go najbardziej, Norbert lubił obierać ziemniaki. Nie do końca znał przyczynę tego stanu, nie rozumiał dlaczego na jego twarzy pojawiał się cyniczny uśmiech, gdy odzierał ziemniaki ze skóry i wydłubywał z nich oczka.

Zazwyczaj robił to z papierosem w ustach, koszulce bokserskiej i takowych spodenkach. Rękawic nie zakładał, odkąd uznał, że wypada z nich obieraczka.

Niekiedy przychodziła do niego ta sama koścista kobieta i wciąż zastanawiała się, po co Norbertowi 20 kilogramów idealnie obranych ziemniaków.

Gdy skończył, czuł, że triumfował nad materią organiczną, czuł, że tym razem to on jest górą, wiedział, że nie ma kartofla, który się przed nim nie ugnie.

Ten idylliczny stan u Norberta trwał do momentu, gdy stało się coś dziwnego. Sam do końca nie wiedział co. Od tamtej pory polubił pomidory i wenezuelskie seriale rodzimej produkcji. Nie wróci już do swej Itaki, ciągnie go raczej w kierunku Caracas lub Ustrzyk Dolnych.

Anorektycznie wyglądająca kobieta wychodziła z domu do pracy, a na odchodne powiedziała do Norberta:
- Wychodzę. Ale jak wrócę, nie chcesz chyba, żebym cię zastała przy telewizorze?

Śmierć uśmiechnęła się - była zadowolona z zadania tego pytania, wszak uwielbiała różne zabawy, gierki słowne. Nad wyraz jednak lubiła tańczyć i gdyby nie fakt, że danse macabre towarzyszy rytmiczny stukot kości, który niestety nie współgra z nowoczesnym brzmieniem, prawdopodobnie robiłaby teraz karierę w Moulin Rouge albo na Broadwayu.

Myśl o tym, że jednak wkrótce zatańczy, pomimo wątłej liczby oglądających, przysparzała ją o szybsze bicie uschniętego serca.

Ostrze przecinające linię życia błysnęło w powietrzu, a do uszu zainteresowanego dobiegło dźwięczne "tadam" i rytmiczne "stuk stuk". Potem zrobiło się jakoś dziwnie ciemno. Zaczął padać deszcz. W deszczu też lubiła tańczyć. Tym razem nikt się tańcem nie musiał przejmować.