Małe słabości cz. III
Jeśli Norbert mógł się tak naprawdę czymkolwiek martwić, to tylko czasem, który w swoim życiu zmarnował. Niestety straconego czasu nie da się odzyskać, a Norbert nie miał nawet najmniejszego zamiaru go szukać. Postanowił jedynie nie tracić go w nadmiarze. Wyleczył się także z "syndromu Jezus”. Postanowił żyć. Brakowało jedynie konkretnego planu działania na wykorzystanie zyskanego tym samym czasu.
W jego przemyśleniach zdarzało mu czasem się zabrnąć do momentu, gdy wszelka logika zawodzi. W takich chwilach Norbert postanawiał zazwyczaj odwiedzić swoją babcię. Zupa była dobra, drugie danie podobnie.
- Wnuczuś, zrobiłbyś babci zakupy?
- Dobrze.
- To masz tu karteczkę i zapisz sobie listę.
- Wnuczuś, piszesz jak kura pazurem. Jak pracowałam w banku, to był tam jeden taki, co też był leworęczny, bo prawej nie miał. I takie literki okrąglutkie stawiał, i tą ręką to pieniądze przeliczył, i wszystko nią robił. A tym kikutem to jeszcze żonę potrafił bić, taki był zdolny...
Norbert nie oponował. Sztukę niewyraźnego pisania opanował w stopniu mistrzowskim, pielęgnował ją wręcz skrupulatnie. Poszedł do sklepu i po drodze przebiegł nawet drogę czarnemu kotu - biedne zwierzątko, będzie miało pecha.
Wrócił niesamowicie zmęczony. Podszedł do lodówki, napił się mleka, po czym wypluł je do zlewu, zapominając, że mleku jest prawdopodobnie całkowicie obojętny fakt, że na kartonie widnieje napis "świeże".
Mówiąc o słabościach, nie wypada zapomnieć o szczególnym upodobaniu Norberta i wszelkiej maści matematyków, do używania partykuły "niechaj". Kiedy jej używał, czuł w sobie wręcz demiurgiczną moc. Śmierć natomiast, pomijając taniec, zdawała się nie mieć słabości. Zawsze starała się być twarda, stanowcza, nieprzejednana, a przede wszystkim ostateczna. Okazało się jednak, że Norbert stał się jej największą słabością i ciężko jej było wymyślić odpowiednio wiarygodne wytłumaczenie - wszak miała zwierzchników. Co prawda, biorąc pod uwagę roztrzepanie Norberta, powinien on zginąć w jakimś najgłupszym możliwym wypadku, ale Śmierć nie może oprzeć się chyba jego magicznej partykule.
Wymieniając słabości Norberta, posiadał on chyba największą - upodobanie do komplikowania własnego życia. Jeżeli coś było odpowiednio proste, Norbert jakby automatycznie kreował mnóstwo dodatkowych problemów pobocznych. Było to niejako masochizmem, ale był w tym również jakiś sens - gdy udało mu się rozwiązać ten węzeł gordyjski, czuł niesamowitą satysfakcję, ulgę i zadowolenie - zupełnie jakby ktoś obluzowywał mu małą śrubkę szczęścia, gdzieś pomiędzy żołądkiem a wątrobą.
Dzień chylił się już ku końcowi, kiedy zmęczona Śmierć weszła do domu. Norbert spojrzał na nią, a ona na niego - doszli do wniosku, że chyba wymienili spojrzenia.
- Wiesz co? - zapytał.
- Tak?
- Możesz mi oddać moje spojrzenie, bo po chwili refleksji zrozumiałem, że nie chcę wymieniać spojrzeń...
Dźwięk uderzenia kościstą dłonią o czoło rozniósł się po pomieszczeniu.
- Czy ty zawsze musisz sprawiać, że wszystko staje się bardziej absurdalne, niż jest w rzeczywistości? - zapytała.
- Nie wiem, robię to spontanicznie - odparł Norbert, po czym pomachał do wychodzącej ze zlewu nowej formy życia, powstałej z detergentów, skisłego mleka i białka nieznanego do końca pochodzenia.
Komentarze do wpisu
Możesz śledzić odpowiedzi poprzez kanał RSS. Możesz dodać komentarz lub zostawić ślad (trackback) ze swojego bloga.
8_wesz_6_ciem_2_mole
Chaotycznie tu trochę. Odnoszę wrażenie, jak gdyby było pisane to na ostatni moment, „na kolanie” (tylko nie zwalaj tego na brak czasu, choćby dlatego, że pierwszy akapit brzmi mimo wszystko optymistycznie, chyba). Być może ta niedbałość jest w pełni zamierzona, ale do mnie chwilowo nie dociera. Po przeczytaniu mam takie „śliskie” wrażenie, jakbyś chciał coś napisać, ale obawiał się „dupnąć” (nie, nie mówię o brutalnych, prostackich, nadmiernie upraszczających dupnięciach bez grama finezji – mówię o tych stylowych dupnięciach;)) lub krążył wokół czegoś, ale nie umiał/nie chciał się w to porządnie wgryźć (czymkolwiek to miałoby być – formą, konkretnym wątkiem lub bóg wie, czym tam jeszcze). Krótko mówiąc: bardzo brakuje mi w tym zdecydowania (myślę, że odrobina zdecydowania nie ubliżyłaby zaplanowanym – jak mniemam – niedomówieniom i subtelnościom, a wręcz przeciwnie; jak dla mnie subtelność to nie to samo, co mdłość, nieokreśloność czy brak wyrazu).
Jeśli chodzi o rozmowy (często nie-planowane) z tzw. starszyzną, to jak najbardziej mogą one być treściwą pożywką dla interesujących, a wręcz zaskakujących refleksji. Same rozmowy czasem są tak surrealistyczne, tudzież absurdalne (w ten fascynujący sposób), że trudno jest oprzeć się ich magicznemu urokowi. Strarszyzna jako taka, starszyzna w ogóle również stanowi arcy-ciekawy obiekt – bywa, że jest o wiele ciekawsza niż często ujednolicona tzw. „młodzież” (w możliwie najogólniejszym tego słowa znaczeniu). Nie wiem, czy to oznaka starzenia się, czy może jakiejś patologicznej wręcz nieufności, ale zdecydowanie bezpieczniej czuję się ostatnimi czasy wśród ludzi starszych niż tych z mojego pokolenia. Starsi nie rywalizują chorobliwie, nie wyrzucają się nawzajem za burtę tego samego statku, ewentualnie nie rozbijają burtą swojego statku burty statku kogoś innego tylko dlatego, bo ten drugi też ma statek, nie grabią, nie prześcigają się obeseyjnie w oryginalnościach oraz nie tryskają „życiowymi mądrościami”, w które sami nie wierzą – jeśli mają jakieś mądrości, to jest ich często niewiele, a to dlatego, bo wydają się w nie wierzyć, gdyż wcześniejszą, zawrotną liczbę ewentualnych prawd zdążyli przecedzić przez gęste sito życia (tego prawdziwego). Nie dotyczy to oczywiście całej starszyzny, gdyż trudno byłoby tu wymienić np. ‘moherowe berety’, albo p. Mietka, który wszystko wie najlepiej, bo żyje trzy razy dłużej od Ciebiem, czy ode mnie. Mówię o tych naprawdę łebskich dziadkach z charakterystycznym spojrzeniem oraz o tym, że spojrzenie takie częściej można spotkać u ludzi starszych niż u młodszych. Takie spojrzenie mają dzieci (te mniejsze) oraz niektórzy staruszkowie.
Dzień Dziecka wraz z R. mieliśmy okazję spędzać razem z Placebo, na koncercie na warszawskim Torwarze. Można tam było dokonać pewnych obserwacji, podpatrując ludzi, przysłuchując się im (nie jest to trudne, gdyż mówią zazwyczaj głośno). Jednym z wniosków jest taki, że wśród całej tej modnej, wystrzałowo ubranej, wymyślnie pstrokatej gawiedzi, której na imię „Przesada”, naprawdę oryginalni byli Ci, którzy wyglądali całkiem (lub prawie całkiem) zwyczajnie. Sam zespół wyglądał o wiele bardziej zwyczajnie niż nadmienieni, którzy nieustannie musieli poprawiać swoje pedantycznie ułożone fryzury, ciągle uważali na gadżety, by ich nie zgubić oraz bez przerwy spoglądali, czy w pobliżu nie ma kogoś, kto – cudownym zrządzeniem losu – wygląda oryginalniej niż oni. Twarz moja rozjaśniła się, gdy zobaczyłem na koncercie dwie starsze panie w garsonkach oraz starszego pana w stalowej marynarce, którego od innych, jemu podobnych panów, wyróżniał jedynie kolczyk w lewym uchu. Rozumiesz?
Tyle, jeśli chodzi o spostrzeżenia „nie a propos”. Jeśli chodzi o końcówkę Twojego twora, to jest całkiem zabawna, choć sprawia na mnie wrażenie nieco wymuszonej. Ile to już razy kończysz lub zaczynasz coś w podobnym tonie, z podobnym humorem, z bliźniaczo podobnym życzeniem absurdu?
Być może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale coś chyba w Twoim widzeniu literek zmienia się – nie wiem tylko, czy na lepsze. Jeśli nie mam racji, to zapewne dlatego, że więcej od jakiegoś czasu czytam rzeczy różnych, innych często od tego, co czytałem zazwyczaj. Nie będę oceniał, bo być może to nie Twoje pisanie, ale moje czytanie ulega zmianie.
Chciałem jednak napisać – raz i konkretnie – o swoich wrażeniach, spostrzeżeniach, odczuciach oraz luźnych skojarzeniach. Chyba o to chodzi, prawda?
Na koniec – dwa cytaty z „mojego” Stanisława Jerzego Leca, którego błyskotliwość nigdy się nie zestarzeje (a już na pewno nie w tym pejoratywnym znaczeniu). Dwa cytaty, Krzyśku, do wyboru. Możesz wybrać jeden – który, to już sam zdecydujesz, a to dlatego, że wciąż pamiętam o tych, którym wyboru nie powinno się dawać, bo będą chcieli dokonać go za Ciebie:
- „Żeby być sobą, trzeba być kimś”, – „Na początku było Słowo – a na końcu Frazes”.
Pozdrawiam.
PeeS. Mam nadzieję, że wybaczysz mi obszerność mojego komentarza. Chciałem napisać raz, a konkretnie na temat swoich odczuć. W przypadku takich miejsc jak blog (czy inne formy „piśmiennictwa”) obszerny komentarz powinien być raczej mile widziany, traktowany z aprobatą. O to przecież chodzi, żeby pisać i komentować, jeśli ma się coś do powiedzenia, prawda? Ty pokazujesz, my oglądamy.
03 czerwca 2007, 16:43:09
8_wesz_6_ciem_2_mole
Coś pusto… Zaglądając tu nie myślałem, że będę pierwszym. Wracając, nie liczyłem na to, że przez tak wiele dni będę jedynym. Dziwne.
Pozdrawiam, K.
14 czerwca 2007, 18:53:15
fiszu
za tydzien zajrze tu i poczytam. a ty kolachu podaj mi swoj mejl (napisz do mnie na tenebres@op.pl ). musimy pogadac o tym wyjezdzie w polowie lipca.
23 czerwca 2007, 14:44:59
fiszu
dodalem komentarz i gdzie on teraz kurna jest??? fak
30 czerwca 2007, 16:00:28
emi
Słabości tak naprawdę nie istnieją.
Nie są bytem realnym, ponadczasowym… Nie spełniają 4 ‘ingardenowskich’ warunków istnienia.
Jeśli przestaję je postrzegać, znaczy, że ich nie ma.
03 listopada 2007, 21:24:57
8_wesz_6_ciem_2_mole
Emi, co za bzdury (chyba, że Twój komentarz nie był „na poważnie”). Tak czy siak, masz do nich prawo. Pozdrawiam.
26 stycznia 2008, 18:21:52
Dodaj komentarz