Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[03 czerwca, 2007 | 6 komentarzy | Poziom: 0 ]

Jeśli Norbert mógł się tak naprawdę czymkolwiek martwić, to tylko czasem, który w swoim życiu zmarnował. Niestety straconego czasu nie da się odzyskać, a Norbert nie miał nawet najmniejszego zamiaru go szukać. Postanowił jedynie nie tracić go w nadmiarze. Wyleczył się także z "syndromu Jezus”. Postanowił żyć. Brakowało jedynie konkretnego planu działania na wykorzystanie zyskanego tym samym czasu.

*

W jego przemyśleniach zdarzało mu czasem się zabrnąć do momentu, gdy wszelka logika zawodzi. W takich chwilach Norbert postanawiał zazwyczaj odwiedzić swoją babcię. Zupa była dobra, drugie danie podobnie.

- Wnuczuś, zrobiłbyś babci zakupy?
- Dobrze.
- To masz tu karteczkę i zapisz sobie listę.
- Wnuczuś, piszesz jak kura pazurem. Jak pracowałam w banku, to był tam jeden taki, co też był leworęczny, bo prawej nie miał. I takie literki okrąglutkie stawiał, i tą ręką to pieniądze przeliczył, i wszystko nią robił. A tym kikutem to jeszcze żonę potrafił bić, taki był zdolny...

Norbert nie oponował. Sztukę niewyraźnego pisania opanował w stopniu mistrzowskim, pielęgnował ją wręcz skrupulatnie. Poszedł do sklepu i po drodze przebiegł nawet drogę czarnemu kotu - biedne zwierzątko, będzie miało pecha.

Wrócił niesamowicie zmęczony. Podszedł do lodówki, napił się mleka, po czym wypluł je do zlewu, zapominając, że mleku jest prawdopodobnie całkowicie obojętny fakt, że na kartonie widnieje napis "świeże".

*

Mówiąc o słabościach, nie wypada zapomnieć o szczególnym upodobaniu Norberta i wszelkiej maści matematyków, do używania partykuły "niechaj". Kiedy jej używał, czuł w sobie wręcz demiurgiczną moc. Śmierć natomiast, pomijając taniec, zdawała się nie mieć słabości. Zawsze starała się być twarda, stanowcza, nieprzejednana, a przede wszystkim ostateczna. Okazało się jednak, że Norbert stał się jej największą słabością i ciężko jej było wymyślić odpowiednio wiarygodne wytłumaczenie - wszak miała zwierzchników. Co prawda, biorąc pod uwagę roztrzepanie Norberta, powinien on zginąć w jakimś najgłupszym możliwym wypadku, ale Śmierć nie może oprzeć się chyba jego magicznej partykule.

Wymieniając słabości Norberta, posiadał on chyba największą - upodobanie do komplikowania własnego życia. Jeżeli coś było odpowiednio proste, Norbert jakby automatycznie kreował mnóstwo dodatkowych problemów pobocznych. Było to niejako masochizmem, ale był w tym również jakiś sens - gdy udało mu się rozwiązać ten węzeł gordyjski, czuł niesamowitą satysfakcję, ulgę i zadowolenie - zupełnie jakby ktoś obluzowywał mu małą śrubkę szczęścia, gdzieś pomiędzy żołądkiem a wątrobą.

*

Dzień chylił się już ku końcowi, kiedy zmęczona Śmierć weszła do domu. Norbert spojrzał na nią, a ona na niego - doszli do wniosku, że chyba wymienili spojrzenia.

- Wiesz co? - zapytał.
- Tak?
- Możesz mi oddać moje spojrzenie, bo po chwili refleksji zrozumiałem, że nie chcę wymieniać spojrzeń...

Dźwięk uderzenia kościstą dłonią o czoło rozniósł się po pomieszczeniu.

- Czy ty zawsze musisz sprawiać, że wszystko staje się bardziej absurdalne, niż jest w rzeczywistości? - zapytała.
- Nie wiem, robię to spontanicznie - odparł Norbert, po czym pomachał do wychodzącej ze zlewu nowej formy życia, powstałej z detergentów, skisłego mleka i białka nieznanego do końca pochodzenia.

Byzydury, Poemy »

[20 marca, 2007 | 31 komentarzy | Poziom: 0 ]

Świat jest po to, żeby udawać
Po to, żeby oszukiwać
Że jest inaczej

Po to, żeby ukrywać swoje słabości
Pod płaszczem innych
Żeby przypadkiem nie było gorzej,
Niż wydawało się wcześniej

Świat jest po to, żeby udawać
Żeby przypadkiem nikt się nie dowiedział
Że jest inaczej
Żeby po prostu być
Pod płaszczem
Wygodnej nieoznaczoności

Może być inaczej?

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[05 marca, 2007 | 9 komentarzy | Poziom: 0 ]

Nigdy jej się nie zdarzyło płakać. No, może z jednym małym wyjątkiem, który w jej fachu nie jest powodem do dumy. Usprawiedliwiała się jedynie tym, że dopiero zaczynała pracę w tej dziedzinie. Miał na imię Adam i nie wiedziała zupełnie, dlaczego musi To zrobić. To zupełnie tak, jakby dziecku kazać za pomocą klocków złożyć bombę atomową, która przy okazji świeci wszystkimi kolorami tęczy i recytuje po francusku Iliadę z podziałem na sylaby, w dodatku wspak. Dziwne, zapłakała nad własną nieuchronnością.
Pomyślała nawet, że z Norbertem byłoby podobnie, co wprawiło ją w nie lada osłupienie - nie dosyć, że zapłakałaby, to jeszcze nie miałaby siły tego zrobić. Pewnie dlatego właśnie Norbert niejednokrotnie uniknął spotkania ze Śmiercią w niekorzystnych dla niego warunkach, kończącego się prozaicznym zgonem. Być może dlatego, że nie potrafił tańczyć, być może dlatego, że Śmierć była po prostu ciekawa, co ów jegomość może jeszcze wymyślić. Był dla niej wielką niewiadomą, a zaskoczyć Śmierć, to jednak spory wyczyn.
Norbert zwyczajowo siedział przed telewizorem, którego i tak nie oglądał z powódek ideologicznych. Raz zastanawiał się nad sensem życia, a raz myślał o tym, że musi wynieść śmieci. Ważne jest, że po prostu czasem, a nawet częściej, myślał.
- Dum spiro, spero - westchnął.
Śmierć wróciła do domu. Cała zmoknięta. Na szczęście mogła wysuszyć się przy strzelającym kominku.

c.d.n. (niebawem opowiadania część trzecia - ostatnia)

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[21 lutego, 2007 | 6 komentarzy | Poziom: 0 ]
Z rzeczy, które cieszyły go najbardziej, Norbert lubił obierać ziemniaki. Nie do końca znał przyczynę tego stanu, nie rozumiał dlaczego na jego twarzy pojawiał się cyniczny uśmiech, gdy odzierał ziemniaki ze skóry i wydłubywał z nich oczka.

Zazwyczaj robił to z papierosem w ustach, koszulce bokserskiej i takowych spodenkach. Rękawic nie zakładał, odkąd uznał, że wypada z nich obieraczka.

Niekiedy przychodziła do niego ta sama koścista kobieta i wciąż zastanawiała się, po co Norbertowi 20 kilogramów idealnie obranych ziemniaków.

Gdy skończył, czuł, że triumfował nad materią organiczną, czuł, że tym razem to on jest górą, wiedział, że nie ma kartofla, który się przed nim nie ugnie.

Ten idylliczny stan u Norberta trwał do momentu, gdy stało się coś dziwnego. Sam do końca nie wiedział co. Od tamtej pory polubił pomidory i wenezuelskie seriale rodzimej produkcji. Nie wróci już do swej Itaki, ciągnie go raczej w kierunku Caracas lub Ustrzyk Dolnych.

Anorektycznie wyglądająca kobieta wychodziła z domu do pracy, a na odchodne powiedziała do Norberta:
- Wychodzę. Ale jak wrócę, nie chcesz chyba, żebym cię zastała przy telewizorze?

Śmierć uśmiechnęła się - była zadowolona z zadania tego pytania, wszak uwielbiała różne zabawy, gierki słowne. Nad wyraz jednak lubiła tańczyć i gdyby nie fakt, że danse macabre towarzyszy rytmiczny stukot kości, który niestety nie współgra z nowoczesnym brzmieniem, prawdopodobnie robiłaby teraz karierę w Moulin Rouge albo na Broadwayu.

Myśl o tym, że jednak wkrótce zatańczy, pomimo wątłej liczby oglądających, przysparzała ją o szybsze bicie uschniętego serca.

Ostrze przecinające linię życia błysnęło w powietrzu, a do uszu zainteresowanego dobiegło dźwięczne "tadam" i rytmiczne "stuk stuk". Potem zrobiło się jakoś dziwnie ciemno. Zaczął padać deszcz. W deszczu też lubiła tańczyć. Tym razem nikt się tańcem nie musiał przejmować.

Byzydury, Norbert, Wsio inne, czyli luźne gadki »

[04 października, 2006 | 22 komentarze | Poziom: 0 ]
Zgasił papierosa, myśląc o pogardzie, jaką czuje do samego siebie z każdym kolejnym zaciągnięciem, z każdą sekundą jego życia. Był człowiekiem przełomu - i tak trwał, trwał, i przetrwał. Trwanie w przełomie jest rzeczą niezwykle uciążliwą, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przełom się skończy, wszak w każdym momencie zza rogu może wybiec zwiewnie odziana kobieta z bardzo wydatnymi rysami twarzy i tabliczką głoszącą: "Nazywam się Śmierć i to jest przełom twojego życia". Równie dobrze mogła by głosić po prostu "Witam na końcu twojej drogi", jednakże nie byłoby to odpowiednio ironiczne ze strony Śmierci - wszak to persona z ogromnym poczuciem humoru, a Norbert bez względu na okoliczności był człowiekiem przełomu, można nawet powiedzieć, że był człowiekiem nieustającego przełomu - w oczekiwaniu na przełom w swoim życiu ze swej strony, i działania innych, również prowadzące do przełomu w jego życiu.

Czekał na przełom, który stał się sensem jego życia, czekał aż ten wyskoczy nagle z prozaicznym "Akuku", tudzież okrzykiem "Mamy cię!" i powie, że nic już nie ma sensu, bo nastąpił.

Nachylił się nad tą kobietą, pokiwał głową, po czym rzucił na stół banknot dziesięciozłotowy, mówiąc:
- Masz, kup sobie jakiś szałowy ciuch.
Ona, nie rozumiejąc powagi sytuacji, patrzy na niego, to na banknot, to drapie się po głowie, nie mogąc wydusić z siebie najmniejszego słowa, najprawdopodobniej ze wzruszenia.
- Bierz, zanim zmienię zdanie. Nie, nie musisz mi dziękować, mam po prostu dobre serce.

I wyszedł. Po drodze zapalił kolejnego papierosa i powolnym krokiem udał się w kierunku swojego domu. Po powrocie postanowił oddać się jakiemuś ambitnemu zajęciu. Badawczym spojrzeniem przebiegł po leżących na ziemi pismach. Swoją uwagę przykuł do czasopisma o wdzięcznej nazwie “666 Panoramicznych”. Bez wahania otworzył je na pierwszej stronie i oczom jego ukazało się wielkie wyzwanie – ujrzał astronomicznie trudną krzyżówkę. Norbert powziął decyzję, że tą konstruktywną wędrówkę przez słowa rozpocznie od najtrudniejszych, bo dwuliterowych haseł. Już miał wpisać odpowiedź do hasła “Przyjaciel Ali”, gdy jego ołówek z gumką zawisł nagle nad kartką, a wszystkie jego zmysły skierowały się w stronę znajomego dźwięku dzwonka u drzwi.

Przez jego głowę przebiegły nagle tysiące myśli. Postanowił jednak oderwać się od swojego zajęcia i otworzyć wierzeje. W drzwiach zobaczył tą samą trupio wyglądającą kobietę, ściskającą w kościstej dłoni monetę.
- Weź to sobie - powiedziała oddając mu pięć złotych - aż tyle mi nie potrzeba. Jest OK. Będzie dobrze.
- Fajnie - pomyślał.
Tak, tym samym Norbert odzyskał wiarę.